Oczy jej przywykłe



Oczy jej, przywykłe do jaskrawego światła dnia i błyszczącego śniegu, z początku nic nie mogły dojrzeć w mroku. — Patrz, Mikołaju, Tania przyszła! — zawołał ktoś ujmując ją za rękę i prowadząc między szeregami skrzyń. Przyzwyczaiwszy się do półmroku dojrzała w mdłym świetle elektrycznej lampki Kolę SmirnowTa. Lekko odziany, w watowanej kurtce i narciarskich spodniach, stał, szeroko rozstawiwszy nogi, z rękami na biodrach i mierzył dziewczynę wzrokiem. Obok, tak samo ubrany i w tej samej pozie, stał Gienka Panków, piętnastoletni chłopaczek, zwany „cieniem Koli Smirnowa". — Aleś ty długi, towarzyszu! — szczerze zdziwiła się Tania obrzuciwszy spojrzeniem postać Smirnowa. — Czyś wyrósł jeszcze, czy też ja odwykłam od twego widoku? — Urosłem, to jasne. Człowiek zawsze powinien rosnąć i rozwijać się. Jakże domyśliłaś się, że ciebie szukam?